Głębia uczuć



Zaczarowana uliczka


Mała cicha uliczka,
na niej jedyny dom.                 
W nim twoje okno i drzwi.
Mała cicha uliczka,
zakątek miłości.
Trwa tu magiczna cisza makowa.
I księżyc niebieski lśni.

Mała cicha uliczka,
zaczarowany świat.
Tu gniazda swoje wiją motyle.
Szybują srebrne ptaki.
Grają na harfach świerszcze.
Z nieba sypie się gwiezdny pył.     
Muza ma swoją świątynię dumania. 
Padają majowe deszcze.

Zaczarowana uliczka,
zaułek nieba.
Pejzaże maluje anioł białoskrzydły.
W dłonie łapie się wiatr.
Tu swoje kolory dobiera tęcza.
Tu zakwitł paproci kwiat.  


Mojej Matce… 


Oglądam moje pamiątki
Te dawne,
sprzed wielu lat
Do wielu trudno jest dotrzeć pamięcią
Tak bardzo zmienił się świat.

Niektóre to powód do wzruszeń
Na większości wiekowy kurz
Niektóre bardzo wyblakłe
Jest kilka zaschniętych róż.

Niosą się różne wspomnienia
Te dobre i te złe
Sentyment, wzruszenia – robią swoje
Wszystko jak w czarodziejskim jest śnie.

Pamiętam swoje miłości
Czasem to krótkie, niewinne chwile
Ale i one są cudownie piękne
Wspomina się je tak przemile.

Jakiś żal rodzi się w sercu
Powrotu do tych chwil wielka ochota
Trzymam właśnie wyblakłą fotografię
Dla mnie jest cenna, jak byłaby złota.

Matko… to jest twoje zdjęcie
To samo wciąż czułe, ciepłe spojrzenie
Pełne słodkiej troski, wielkiej miłości
Mojego Ty życia – cudowne wspomnienie.



Mała stacyjka


Nostalgia cieniem zawisła
I smutne miałem odczucie
Gdy cię żegnałem na małej stacyjce
Że nas już nie łączy uczucie.

Byłem taki bezradny
A w piersi narastał żal
Myśli niespokojne mgłą się kłębiły
Że odchodzisz na zawsze, w dal.

Zaległa półmartwa cisza, bezczucie
Pustka, zimna na pożegnanie dłoń
Odeszłaś tak cicho, bez słowa
Zabrałaś swych oczu czarowną toń.

Już bez szeptów, czułości, dotyku
Bezgłośne się niosło wołanie
Serce zmieniło swój rytm
Bo daremne już będzie czekanie.

Czasem chodzę na tę stacyjkę
Na peron, gdzie cię żegnałem
Dla wspomnień, ze smutną tęsknotą
Tak mocno cię wtedy kochałem.

Bajka


Za lasem, za ciemnym borem,
gdzie słońce się kąpie w jeziorze,
Swoje zdobione chusteczki,
pierze tam dziewczę hoże.

Jak nimfa, jak leśny duszek,
urocza ta pastereczka.
Owieczkę swą pasie jedyną,
na łączce, gdzie płynie rzeczka.

Raz wilk się zakradł szary,
i porwał pasterce owieczkę.
I uprowadził bardzo daleko,
hen, za górę, za rzeczkę.

Pastereczka smuci się, płacze,
szuka owieczki, woła.
Aż w końcu spotkała wilka,
strasznego, z oczami jak smoła.

Oddam ci twoją owieczkę,
lecz musisz zostać mą żoną.
Będziesz moją miłością,
umiłowaną i poślubioną.

Pobladła pasterka, zadrżała,
wilk mówi: nie bój się, proszę.
Od dawna bardzo cię kocham,
od dawna cię w sercu noszę.

Będziesz ze mną szczęśliwa,
a teraz tylko pocałuj.
Że się zgadzasz, że lubisz,
i mi buziaka nie żałuj.

Boi się pasterka wilka,
taki jest straszny i duży.
A on się do niej uśmiecha
i podaje kwiat róży.

Więc go objęła strwożona,
i delikatnie całuje.
A wilk się zmienia w młodzieńca,
i jej swą miłość ślubuje.

Przez twój całusek, kochanie,
zrzuciłaś ze mnie zaklęcie.
Co na mnie rzuciła zła wiedźma,
bo być nie chciałem jej zięciem.

Będziesz mieszkać w pałacu,
będziesz mieć służbę i stroje.
Spełniać twe będę życzenia,
a wielkie królestwo jest moje.

I poszli już razem, we dwoje,
i wzięli ze sobą owieczkę.
I byli bardzo szczęśliwi,
bardzo, nie tak – tylko troszeczkę.

A ja od tamtej pory,
Też bardzo lubię owieczki.
Bo czasem szczęście przynoszą,
Choć bardziej – to wolę dzieweczki